Niedziela. Spokojnie i niespiesznie wracałam ze szkolenia prosto na autobus pod Pałac Kultury. Ze śródmieścia to kawałeczek na nogach, spokojnie można wybrać się tam spacerkiem. Kiedy szłam, z plecakiem i w okularach przeciwsłonecznych słońce odbijało się od blach samochodów i ubrań innych przechodniów. W pewnym momencie zatrzymałam się natchniona od turbokolorów. Dotarło do mnie, że świat jest pełen barw i kolorów, a życie to jeden wielki turbokolor od którego może zakręcić się w głowie. Autobus jechał na miejsce 5 godzin. Przez cały ten czas próbowałam spać. Od czasu do czasu budziłam się, by przegryźć coś albo zrobić łyk wody. Weekend okazał się bardzo, ale to bardzo udany. Dostałam masę pozytywnej energii na cały nadchodzący tydzień i jeszcze więcej wrażeń i przygód, jakich dawno nie miałam okazji przeżyć. Było świetnie! Już nie mogę doczekać się kolejnego wyjazdu.
Miesięczne archiwum: wrzesień 2015
Zoo York czyli imprezka na Stadionie
Wieczorem, drugiego dnia w Warszawie, po pierwszym dniu szkoleń wybrałam się imprezę integracyjną. Cała zabawa rozgrywała się na plaży nad Wisłą w Warszawie, obok Stadionu Narodowego. Z Pragi do Stadionu jest kawałek, dlatego pojechałam na miejsce tramwajem. Kiedy dotarłam na miejsce nic jeszcze się nie działo, dlatego zastanawiałam się co robić dalej. Zadzwoniłam do znajomego, a ten z niedowierzaniem krzyczał do słuchawki: Ty jesteś dzisiaj w Warszawie i nie wiesz co masz robić? Nie wiedziałam i czekałam aż mi powie. Dziś na starym mieście jest zajebisty koncert jazzowy, zupełnie za darmo! Idź tam już teraz, pewnie jeszcze się załapiesz. Faktycznie nie było daleko, musiałam minąć tylko jedną długą ulicę i byłabym na miejscu. Postanowiłam, że pójdę. Ale chyba źle skręciłam. Zaczepiłam chłopaka w Zoo York i postanowiłam spytać o drogę. Zrobił wielkie oczy i powiedział, ze jestem w zupełnie innym punkcie miasta. Ale okazał się tak miły, że odprowadził mnie na miejsce. Jak się okazało wkręcił mnie z tą odległością. Okazał się być miłym i sympatycznym gościem, a kiedy zrobiło się zimno, pożyczył mi swoją bluzę Zoo York. Kiedy wróciłam na stadion, na imprezę integracyjną trafiłam na koncert Jareckiego i BRK. Spotkałam też ludzi ze szkoleń i bawiliśmy się świetnie.
Czapki zimowe w środku lata?
W zeszły weekend byłam w Warszawie. Drugi raz w życiu. Sama. Wybrałam się na szkolenie, oczywiście noclegi i wyżywienie mieliśmy opłacone. Nie podejrzewałam jak rozwinie się ta podróż. Z dworca na miejsce było stosunkowo blisko, Praga. Słyszałam co się mówi o Pradze, nie sądziłam, że trafię w tę część, w której lepiej nie pokazywać się po zapadnięciu wzroku. Zamiast na dworcu wysiadłam na Mokotowie. Stamtąd miałam 4 przystanki metrem linii 1 i trzy przystanki metrem linii 2 z przesiadką na Świętokrzyskiej. Kiedy wysiadłam już jakimś cudem na Pradze Centrum, musiałam z Targowej dotrzeć na Brudnowską. W tramwaju poczułam że to Praga, kiedy starszy bezdomny posikał się przy wszystkich w kącie. Twarze były zszarzałe, a brudni mężczyźni, bez zębów, noszący latem czapki zimowe, łazili grupami z brzydkimi kobietami śmierdzącymi alkoholem i fajkami. Czapki zimowe nosiły też dzieciaki, dzieciaki kupujące klej i cukierki, dzieciaki w grupkach jak cyganiątka. Śpiewały Gang Albanii i rosły na kolejne pokolenie smutku. A może u nich się coś zmieni? Może będzie tam inaczej? Wysiadłam na Inżynierskiej i spytałam starszej pani o drogę, czy kieruję się w dobrym kierunku. Ta spojrzała na mnie z przerażeniem i bardzo poważnie zapyta: Dziecko czy ty naprawdę musisz tam teraz iść? Tak, muszę, odpowiedziałam. Poklepała mnie po ramieniu i powiedziała – wszystko będzie dobrze…
Bluzy Stoprocent mają wzięcie w Wolinie
Szybka wyprawa weekendowa, znajomy poprosił mnie o pomoc w wyprawie, musiał przejechać całą Polskę i wrócić, a z powodu przeziębienia nie czuł się na siłach by wybrać się w drogę samotnie. Postanowiłam mu potowarzyszyć. Wybraliśmy się z Katowic do Szczecina, a konkretnie do Wolina skąd mieliśmy odebrać niezwykle cenną przesyłkę. Wyruszyliśmy o 15:00, zaraz po mojej pracy, na miejsce dotarliśmy kilka minut po północy, przez wypadki jakie spotkały nas po drodze – pomyłka w trasie, wielki placek po węgiersku i niemiecka granica. Długo by opowiadać. Kiedy już dotarliśmy do Wolina była ciemna noc. Miasteczko wyglądało jak Silent Hill, opuszczone i smutne. Kilka dni po sezonie zamarło w oczekiwaniu na kolejne lato. Postanowiliśmy zostać do soboty i zdrzemnąć się choć na trzy godziny. Kiedy rano wyszłam na plażę zobaczyłam trzy rodzaje turystów. Po pierwsze byli to emerycie w mocno zawiązanych na uszach kapturach, po drugie amatorzy fal i desek, a po trzecie młodzi ludzie mający na sobie bluzy sportowe, najczęściej rzucały mi się w oczy bluzy stoprocent. Morze było piękne, groźne i zawistnie bawiące się z wiatrem, mewy szybowały beztrosko na powiewach a ja siedziałam na piasku i jak zaczarowana wpatrywałam się w dal. Kiedy szłam z powrotem wyjaśniło się czemu wszyscy młodzi mają bluzy stoprocent – na głównej ulicy, między zamkniętymi już straganami ostał się jeden skateshop z odzieżą tej marki. To był piękny wypad.
