Szybka wyprawa weekendowa, znajomy poprosił mnie o pomoc w wyprawie, musiał przejechać całą Polskę i wrócić, a z powodu przeziębienia nie czuł się na siłach by wybrać się w drogę samotnie. Postanowiłam mu potowarzyszyć. Wybraliśmy się z Katowic do Szczecina, a konkretnie do Wolina skąd mieliśmy odebrać niezwykle cenną przesyłkę. Wyruszyliśmy o 15:00, zaraz po mojej pracy, na miejsce dotarliśmy kilka minut po północy, przez wypadki jakie spotkały nas po drodze – pomyłka w trasie, wielki placek po węgiersku i niemiecka granica. Długo by opowiadać. Kiedy już dotarliśmy do Wolina była ciemna noc. Miasteczko wyglądało jak Silent Hill, opuszczone i smutne. Kilka dni po sezonie zamarło w oczekiwaniu na kolejne lato. Postanowiliśmy zostać do soboty i zdrzemnąć się choć na trzy godziny. Kiedy rano wyszłam na plażę zobaczyłam trzy rodzaje turystów. Po pierwsze byli to emerycie w mocno zawiązanych na uszach kapturach, po drugie amatorzy fal i desek, a po trzecie młodzi ludzie mający na sobie bluzy sportowe, najczęściej rzucały mi się w oczy bluzy stoprocent. Morze było piękne, groźne i zawistnie bawiące się z wiatrem, mewy szybowały beztrosko na powiewach a ja siedziałam na piasku i jak zaczarowana wpatrywałam się w dal. Kiedy szłam z powrotem wyjaśniło się czemu wszyscy młodzi mają bluzy stoprocent – na głównej ulicy, między zamkniętymi już straganami ostał się jeden skateshop z odzieżą tej marki. To był piękny wypad.
