W zeszły weekend byłam w Warszawie. Drugi raz w życiu. Sama. Wybrałam się na szkolenie, oczywiście noclegi i wyżywienie mieliśmy opłacone. Nie podejrzewałam jak rozwinie się ta podróż. Z dworca na miejsce było stosunkowo blisko, Praga. Słyszałam co się mówi o Pradze, nie sądziłam, że trafię w tę część, w której lepiej nie pokazywać się po zapadnięciu wzroku. Zamiast na dworcu wysiadłam na Mokotowie. Stamtąd miałam 4 przystanki metrem linii 1 i trzy przystanki metrem linii 2 z przesiadką na Świętokrzyskiej. Kiedy wysiadłam już jakimś cudem na Pradze Centrum, musiałam z Targowej dotrzeć na Brudnowską. W tramwaju poczułam że to Praga, kiedy starszy bezdomny posikał się przy wszystkich w kącie. Twarze były zszarzałe, a brudni mężczyźni, bez zębów, noszący latem czapki zimowe, łazili grupami z brzydkimi kobietami śmierdzącymi alkoholem i fajkami. Czapki zimowe nosiły też dzieciaki, dzieciaki kupujące klej i cukierki, dzieciaki w grupkach jak cyganiątka. Śpiewały Gang Albanii i rosły na kolejne pokolenie smutku. A może u nich się coś zmieni? Może będzie tam inaczej? Wysiadłam na Inżynierskiej i spytałam starszej pani o drogę, czy kieruję się w dobrym kierunku. Ta spojrzała na mnie z przerażeniem i bardzo poważnie zapyta: Dziecko czy ty naprawdę musisz tam teraz iść? Tak, muszę, odpowiedziałam. Poklepała mnie po ramieniu i powiedziała – wszystko będzie dobrze…
